RichardDawkins.net
Add to Technorati Favorites
RSS
środa, 08 maja 2013

Świetna książka, napisana przez jednego z najlepszych żyjących specjalistów, profesora neurobiologii, psychologii, nauk o mózgu (brain sciences) i filozofii Duke University.

Poza tym to pozycja świeżutka – z 2010 roku, wynik najnowszych badań i wieloletnich, wielowiekowych w zasadzie, wysiłków, wspomaganych najnowocześniejszymi osiągnięciami w obrazowaniu czynności mózgu w czasie rzeczywistym.

Stąd to także świetna pozycja dla tych, którzy interesują się poznaniem, świadomością, ontologią, epistemologią, myśleniem, w końcu, a także dobra okazja, żeby zaktualizować swoją wiedzę o tym, co nosimy między uszami, bo w przestrzeni publicznej do tej pory za oczywiste i prawdziwe uznaje się wiele zakalców i mocno nieświeżych informacji, jak choćby ta, że komórki glejowe to jedynie magazyn energii, a nasz mózg wykorzystuje swój potencjał w niewielkim, paroprocentowym zakresie.

Póki co – bo nauka jest cudowna przez fakt, że jedynym jej dogmatem jest brak dogmatów i nieustanne szukanie dziury w całym, co również pięknie podkreśla Autor w podtytule – wygląda na to (specjalnie użyłem słowa kojarzącego się ze zmysłem wzroku, bo zdecydowana większość książki poświęcona jest działalności Autora, który zajmował się głównie widzeniem i fascynującym tematem, jak nasz układ nerwowy odbiera, przetwarza i na koniec wytwarza obrazy, które większość z nas – realistów naiwnych – uznaje za dobre odwzorowanie rzeczy takimi, jakie one są ‘w rzeczywistości’), że w sporze między racjonalistami, którzy przy całym skomplikowaniu mózgu uznają, że jednak nasza percepcja choć w nikłym zakresie odtwarza świat rzeczywisty, a Platonem, Kantem i ich współczesnymi – tego świadomymi lub nieświadomymi – kontynuatorami, racja jest po stronie tych ostatnich.

Na przekąskę, dla zaostrzenia apetytu, cytat z ostatniej strony podsumowującego rozdziału:

”To sum up how brains seem to work, the circuitry of nervous systems such as ours has evolved to contend with one fundamental challenge: How to generate useful perceptions and behaviors in response to a world that is UNKNOWABLE DIRECTLY (kapitaliki moje) by means of sensory stimuli. The strategy that has emerged to deal with this problem is governed by history, not logical principles or algorithms. Based on feedback from the empirical consequences of behavior, accumulated information about operational success is realized over evolutionary time in inherited neural circuitry whose organization is then modified to a limited extent by individual experience. Accordingly, OUR PERCEPTIONS NEVER CORRESPOND TO PHYSICAL REALITY despite the fact that they provide successful operational guides to behavior. The evidence that supports these conclusions is the ability to predict many otherwise puzzling perceptual phenomena using data bases that serve as proxies for aspects of accumulated human experience.

These ideas about what we perceive, what we do as a result, and ultimately what we are in consequence may be anathema to neuroscientists committed to a rationalist perspective of brain function, or to anyone who has difficulty disengaging from the subjective sense we have of the world and our relation to it. But if the evidence continues to support a wholly empirical interpretation of how brains work, we will simply need to pursue brain function and structure in these terms, perhaps gaining in the process a clearer and more useful conception of ourselves and our place in nature.”

Owocnej lektury :) 

12:14, grzymol
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 maja 2012

 

Po dzisiejszych występach zdecydowanej większości komentatorów, dziennikarzy i polityków w polskich mediach na temat antypolskiej nagonki w od zawsze znanej z antypolonizmu BBC, Helenka wie już jedno na pewno. W jej krótkim życiu nie nastąpi już chwila, kiedy będzie mogła pełną piersią odetchnąć świeżym powietrzem nadwiślańskim. Z tej prostej przyczyny, że w polskim nadwiślańskim powietrzu, bez względu na wielkie ilości wpompowanej w nie pełnej dumy przepolskiej perfumy, czuć zafajdaną pieluchą.

Najwyraźniej i nie tak dawno pisał o tym w swój subtelny sposób Gombrowicz, ale i inni wielcy Polacy, mniej i bardziej oględnie, czynem, słowem i spierdalaniem gdzie pieprz rośnie, wyrażali tę myśl przykrą, że tu nie miejsce na dorosłe emocje i dojrzałe działanie.

Nie da się poważnie rozmawiać z rozhisteryzowanym dzidziusiem. A lud polski, jak media długie i szerokie - z pojedyńczymi chwalebnymi wyjątkami, np panami Lisem i Biedroniem - został po raz kolejny pogłaskany i uspokojony. Zdecydowana większość polityków i dziennikarzy przystąpiła do chóralnego śpiewu wychwalającego polską, sławną na cały wszechświat, niewinność pod niebiosa. Żeby jeszcze bardziej udowodnić swoją nieobejmowalną głupotę, zaproszono do różnych stacji obcokrajowców mieszkających w Polsce, którzy - z pewnością całkowicie szczerze i bez związku z dobrym wychowaniem - oczywiście jak jeden mąż twierdzili, pocąc się pod makeupem i patrząc prosto w kamery, że mieszka im się w Polsce fantastycznie. Helenka ciekawa jest, co innego mogli powiedziec w takiej sytuacji.

To nic, że znajomi Helenki z zagranicy, na swoje nieszczęście nie wyglądający jak typiczny nadwiślanin, od zawsze skarżą się na idiotyczne docinki, agresywne spojrzenia i zaczepki. To nic, że Helenka pamięta z lat swej młodości, jak za każdym razem w autobusie 88, na trasie do akademika dla obcokrajowców na Marysińskiej w Łodzi, ludzie odstający od 'właściwego' wyglądu byli ZAWSZE obiektem zaczepek i drwin. To nic, że posłowie na polski Sejm nie maja problemu z rasistowskimi uwagami. To nic, że prezes najwiekszej partii opozycyjnej uznaje 'narodowość śląską' za atak na polskość. To nic, że Jan Tomaszewski publicznie głosi niepolskość reprezentacji narodowej. To nic, że na prawie każdej ścianie i przystanku w Polsce widać symbole antysemickie. To nic, że niejaki Rydzyk robi sobie publicznie żarty z czarnoskórego księdza. To nic, że w ogólnym pojęciu bardzo wielu Polaków 'te żydy to jednak świnie'. To nic, że zakaz pedałowania i antysemickie wyzwiska latami były tolerowane przez polska policję, prokuratorów i sądy. To nic ...

To wszystko nic. Bo my piękni, niewinni, niepokalani.

Kiedy nam mówią, że brzydko nam pachnie z ust, nie powinniśmy myć zębów, bo wtedy zdradzamy świętą sprawę, sramy w gniazdo, nie jesteśmy Polakami. Należy walić wroga w kły, albo przynajmniej dziarsko wrzasnąć "spierdalaj! Tobie wali z dupy!"

Oto nadwiślański patriotyzm, oto polska dorosłość, oto dojrzałość a la polacca!


21:27, grzymol
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 maja 2012

Nie, nie. Nie chodzi bynajmniej o Gazetę Wyborczą, zwaną
czule przez miłujących pokój prawdziwych Polaków GóWnem; zastanawiało zawsze Helenkę skądinąd przedziwne zjawisko, że najbardziej negatywne i wyrobione zdanie na
temat inkryminowanej tuby polskojęzycznego zaprzaństwa mają ludzie, którzy
twierdzą, że się jej od zawsze brzydzą i do ręki nie biorą, o czytaniu nie
wspominając; jeno o Katotaliban Polskich PiSlamistów.

W pewnym bestsellerze multikulti napisano ongiś, że na
początku było słowo i akurat z tą tezą Helenka, jako lingwistka, się zgadza w
pełnej rozciągłości. Od dużej litery po kropkę. Nazywamy rzeczywistość i potem
w tych nazwach, a nie w rzeczywistości, życie nasze przeżywamy. Warto więc
słuchać, co mówią wybrańcy i polityczni przewodnicy po świecie, żeby poznać
nienazwane, albo tylko niewypowiedziane przeświadczenia ich wyznawców i wyborców.

Trzy chronologicznie ułożone przykłady na dziś.

Helenka pamięta miłosiernego chrześcijanina Artura Górskiego,
który łamiącym się głosem przestrzegał świat z trybuny sejmowej przed ‘końcem
cywilizacji białego człowieka’ nadchodzącym pod postacią Baracka Husseina Obamy. Pod krzyżem
i nie tylko Helenka się nasłuchała, że nie jest Polką, bo – nie jest
katoliczką, bo ma ‘obcą krew’ (jakaś nowa biologia najwyraźniej), bo jest
intruzem skoro nie chce intronizacji Chrystusa Króla oraz Prezesa za
prezydenta. Spotykając się z PiSlamistami dość często, z racji swego zawodu,
Helenka dostrzega nie raz ten ledwo skrywany rasizm, tę pogardę (może nawet
czasem nieuświadomioną) dla wszystkiego, co nie jest białe, polskie i
katolickie.

Helenka nie musi nawet pamiętać, bo ten skutecznie nie daje os sobie zapomnieć, pana Antoniego Macierewicza, który jest głęboko przekonany, ba - wypełniony wręcz kartezsjuszową jasnością i
pewnością, która mu z oczu promieniuje, że Ruscy (razem z całym nieprzychylnym
wszechświatem, pewnie) ukatrupili prezydenta Lechitów św.Lecha, że Tusk i jego wspólnicy
to zdrajcy, zaprzańcy, polskojęzyczne sługusy szwabsko-rusko-brukselsko-masońskie i filateliści na dodatek. Czystej wody, krystalicznie przejrzyste wariactwo.

Nie dalej jak wczoraj Helenka miała niewątpliwą przyjemność wysłuchania
tyrady (p)osła PiSu pana Stanisława Pięty, który oślepłym od faszystowskiej poprawności
politycznej biedakom tłumaczył w Sejmie, że homoseksualizm to zboczenie i
działanie ‘przeciw naturze’ (jak swoją drogą może istnieć w naturze coś, co
jest nienaturalne, poseł nie raczył wyjaśnić – kolejny dowód na życie w języku,
poseł najnormalniej w świecie rzeczy i zjawiska, których nie lubi i nie
akceptuje, nazywa ‘nienaturalnymi’ i tyle). Że on oczywiście nie nienawidzi homoseksualistów,
on im po chrześcijańsku miłosiernie współczuje i wybacza, chcąc jedynie, by
nikt mu nie zabraniał nazywać rzeczy po imieniu.  

I tu akurat Helenka się z PiSlamem zgadza, bo we wolnośc słowa
i ekspresji wierzy głęboko. Niech dla PiSlamistów Murzyn będzie w końcu czarnuchem,
gej pederastą i zbokiem, niekatolik polskojęzycznym przybłędą, a przeciwnik
polityczny, który zamiast Prezesa wygrywa wybory – zdrajcą i sprzedawczykiem.

Bo Helenka z wielką przyjemnością będzie wtedy głosić wszem i wobec, że PiS i
jego wyznawcy oraz wyborcy to banda faszystów, rasistów, szowinistów i ogólnie
rzecz biorąc paskudnie pokręconych charakteropatów!

W końcu prawda nas wyzwoli, czyż nie?

09:05, grzymol
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012

Helenka zaczytywała się w nieco późniejszym dziecięctwie panem Lemem, szczególnie gustowała w Bajkach robotów ze szczególnym uwzględnieniem perypetii i peregrynacji Trurla i Klapaucjusza. Im Helenka starsza, tym mniej jej do śmiechu, bo coraz lepiej widzi, że pan Lem - jak każdy wielki umysł - nawet, a może przede wszystkim w pozornych wygłupach widział dalej, więcej, przenikliwiej i prawdziwiej niz wszelkie statystyki świata i dulsko-mieszczańskie mądrości. Wszystkim besserwisserom nadętym, dzierzymordom niecierpliwym i idealistom szlachetnym i szkodliwym pod rozwagę a reszcie dla uciechy rozumnej nieco dłuższy cytacik z pana Stanisława Lema Helenka zamieszcza i z góry przeprasza prawa autorskie za ich ewentualne zgwałcenie.

Altruizyna,

czyli Opowieść prawdziwa o tym,

jak pustelnik Dobrycy Kosmos uszczęśliwić zapragnął i  co z tego wynikło

Stanisław Lem 

Część I

Pewnego dnia letniego, gdy konstruktor
Trurl zajęty był przycinaniem gałązek cyberberysu, który hodował w swym
ogródku, ujrzał zbliżającego się drogą oberwańca, litość i grozę pospołu
budzącego swym wyglądem. Robot ów miał wszystkie członki obwiązane sznurkiem i
posztukowane przepalonymi rurami od piecyków, zamiast głowy — stary garnek
dziurawy, w którym myślenie jego dudniło i zacinało się, iskrząc, kark
wzmocniony prowizorycznie kawałkiem sztachety, a w otwartym brzuchu trzęsące
się i filujące lampy katodowe, które ten nieszczęśnik przytrzymywał swobodną
ręką, drugą nieustannie dokręcając śrubki poluzowane; kiedy zaś, kusztykając,
mijał furtkę Trurlowej posiadłości, przepaliły mu się cztery naraz
bezpieczniki, tak że w kłębach dymu i fetorze skwierczącej izolacji zaczął się
rozsypywać na oczach konstruktora. Ów, współczucia pełen, natychmiast porwawszy
śrubokręt, obcęgi i bandaże smołowe, pospieszył wędrowcowi z pomocą, przy czym
tamten wielokrotnie mdlał z okropnym rzężeniem trybów wskutek ogólnej
desynchronizacji; na koniec jednak udało się Trurlowi przywieść go do jakiej
takiej przytomności i, opatrzonego już, usadził w paradnym pokoju, a podczas
gdy biedak chciwie podładowywał się z baterii, Trurl, nie mogąc dłużej
powściągnąć ciekawości, zaczął pytać, co też przywiodło go do tak okropnego
stanu.

— Litościwy panie — odparł
nieznany robot, z wciąż jeszcze dygocącymi magnesami — nazywam się
Dobrycy, a jestem, to znaczy byłem, pustelnikiem anachoretą; trawiłem czas w
pustyni na rozmyślaniach pobożnych przez lat sześćdziesiąt i siedem. Wszelako
pewnego ranka przyszło mi do głowy, czy też słusznie czynię, pędząc żywot w
samotności. Czy wszystkie moje rozmyślania otchłanne i dociekania duchowe
zdołają choć jeden nit powstrzymać od wypadnięcia? Zali nie pierwszym moim
obowiązkiem jest nieść pomoc bliźnim, a o własne zbawienie na drugim dopiero
troszczyć się miejscu? Azali...

— Już dobrze, dobrze, pustelniku —
powstrzymał go Trurl. — Stan duszy twojej z tego poranka mniej więcej
rozumiem. Mów, proszę, co było dalej.

— Udałem się do Fotury, gdzie poznałem
przypadkiem pewnego znakomitego konstruktora nazwiskiem Klapaucjusz.

— Ach! Czy być może?! — zawołał
Trurl.

— Co takiego, panie?

— Nie, nic! Mów, proszę, dalej.

— To jest — nie od razu go
poznałem; był to wielki pan, jechał karocą automatyczną, z którą mógł sobie
gadać jak ja z tobą; karoca ta, gdym stanął na środku ulicy, nienawykły do
miejskiego ruchu, ubliżyła mi wielce nieprzystojnym słowem, tak żem ją mimo
woli zdzielił kosturem przez latarnię; wówczas dopiero się wściekła, aliści
pasażer poskromił ją, a mnie zaprosił do wnętrza. Opowiedziałem mu tedy, kim
jestem i dlaczego opuściłem pustynię, a także, iż nie wiem, co czynić dalej; on
zaś decyzję moją pochwalił i ze swej strony przedstawił się, jak również prawił
długo o swych pracach i dziełach; na koniec zaś opowiedział mi całkiem
poruszającą historię Chloryana Teorycego dwojga imion Klapostoła, słynnego
myślanta i zofomana, przy którego smutnym końcu był sam obecny. Z wszystkiego,
co o „Księgach” tego Wielkiego Robota mówił, najbardziej poruszyła mię rzecz o
Enefercach. Czy słyszałeś, litościwy panie, o tych istotach?

— Owszem. Chodzi o istoty jedyne w
Kosmosie, które osiągnęły już Najwyższą Fazę Rozwoju, nieprawdaż?

— Ależ tak, panie, masz wiadomości
wyborne całkiem! Gdym siedział u boku znakomitego Klapaucjusza w karecie (która
bezustannie najokropniejszymi obelgami miotała w tłum, niechętnie ustępujący
nam z drogi), przyszło mi do głowy, że kto jak kto, ale owe istoty, tak
rozwinięte, że już lepiej nie można, na pewno wiedzą, co należy czynić, kiedy
się odczuwa takie parcie dobra i taką chęć czynienia go bliźnim, jak właśnie
ja. Zwróciłem się więc zaraz do Klapaucjusza z pytaniem, gdzie też przebywają
Enefercy i jak ich znaleźć. On atoli uśmiechnął się tylko dziwnie, potrząsnął w
zadumie głową i nic nie odpowiedział. Nie śmiałem być natarczywy; wszelako
potem, kiedy znaleźliśmy się już w karczmie (bo kareta, kompletnie
ochrypnąwszy, straciła głos, tak że dalszą podróż musiał pan Klapaucjusz
odłożyć do dnia następnego), przy dzbanie polewki jonowej humor mego gospodarza
poprawił się i patrząc na pary, które szparko wywijały cyberka przy skocznych
tonach kapeli, przypuścił mnie do konfidencji, by taką opowiedzieć historię...
Ale może pan znudzony jesteś moim opowiadaniem?

— Nie, nie! — żywo zaprzeczył
Trurl. — Słucham uważnie.

— „Mój Dobrycy poczciwy!” — rzekł
mi pan Klapaucjusz w owej karczmie, kiedy aż iskry szły z taneczników — „wiedz,
że niezmiernie wziąłem sobie do serca historię nieszczęśliwego Klapostoła i
uznałem, że winienem wyruszyć niezwłocznie na poszukiwania owych istot
doskonale rozwiniętych, których konieczność uzasadnił on w sposób czysto
logiczny i teoretyczny. Widziałem atoli trudność główną przedsięwzięcia w tym,
że wszak każda rasa kosmiczna ma siebie za najdoskonalej rozwiniętą, tak tedy
pytaniem niczego nie wskóram; lecieć zaś na chybił — trafił było o tyle
niepewne, że, jak mi to wyszło z rachunków, w Kosmosie istnieje około
czternastu centygigaheptatrybilionardów społeczności wcale rozumnych, więc sam
widzisz, że z odnalezieniem właściwego adresu jest pewien kłopot. Rozważałem
rzecz tak i owak, przetrząsałem biblioteki, księgi stare, aż odnalazłem pewną
istotną wskazówkę w dziele niejakiego Trupusa Malignusa, który odznaczył się
tym, że doszedł do tegoż wniosku co Klapostoł, ale o trzysta tysięcy lat
wcześniej, wszelako całkowicie został zapoznany. Jak z tego widać, nie masz nic
nowego pod żadnym ze słońc i nawet skończył Trupus podobnie jak Chloryan... Ale
to nie ma nic do rzeczy. Tak więc z owych odcyfrowanych strzępów dowiedziałem
się, jak należy szukać Eneferców. Malignus wywodził, że musi się przetrząsać
rojowiska gwiezdne, dążąc do odnalezienia tego, co niemożliwe; i gdy się coś
takiego znajdzie, pewne już, że to właśnie tam. Niechybnie, była to wskazówka
pozornie ciemna, od czegóż jednak jasność umysłu? Zaraz ochędożyłem statek i
puściłem się w drogę. O tym, czego w niej doznałem, zamilczę; powiem jeno, że
zauważyłem wreszcie w kurzawie gwiazd jedną, tym różniącą się od wszystkich
innych, że była kwadratowa. Ach! Jakie to było wstrząśnienie! Przecież każde
dziecko wie, że gwiazdy muszą być co do jednej okrągłe i o żadnej ich
kanciastości, a jeszcze do tego regularnie czworokątnej, i mowy nie ma!
Natychmiast zbliżyłem statek do owej gwiazdy i wnet dostrzegłem jej planetę,
która była też czworokątna, wyposażona przy tym na narożach w zamczyste okucia.
Nieco dalej krążyła inna, całkiem już zwykła planeta; nacelowałem na nią
lunetę, aby ujrzeć watahy robotów, które łamały gnaty innym; nie zachęcało to
specjalnie do lądowania. Wróciłem przeto do porzuconej za rufą planety — skrzyni
i raz jeszcze wypenetrowałem ją gruntownie dalekowidzem. Jakże radosne
przeniknęło mię drżenie, gdy na jednym z milowych jej okuć odczytałem
powiększony w soczewkach monogram, bogato rzeźbiony, z trzech składający się
liter: NFR!

— Wielkie nieba! — rzekłem sobie. —
To tu!

Wszelako latając wokół niej do zawrotu
głowy, nie mogłem dojrzeć na jej piaszczystych równinach ani żywego ducha.
Dopiero zbliżywszy się na odległość sześciu mil, rozróżniłem nagromadzenie
ciemnych kropek, które w polu widzenia superteleskopu okazały się mieszkańcami
tego ciała niebieskiego. Było ich koło setki; spoczywali byle jak na piasku i
martwota owa porządnie mnie zaniepokoiła, ale przekonałem się, że od czasu do
czasu ten czy ów drapie się smacznie, a te oczywiste oznaki przytomności
skłoniły mnie do lądowania. Nie mogłem się doczekać wystygnięcia rakiety, jak
zwykle rozpalonej tarciem powietrznym; wyskoczyłem z niej, biorąc po trzy
stopnie, i pognałem między leżących, wołając już z daleka:

— Przepraszam! Czy to tu jest
Najwyższa Faza Rozwoju?!!

Nikt mi atoli nie odpowiedział, co więcej —
nikt nie zwrócił na mnie choćby najmniejszej uwagi. Zaskoczony taką
obojętnością, straciłem rezon i obejrzałem sobie uważnie całe otoczenie.
Równinę oblewały blaski kwadratowego słońca. Z piasku sterczały tu i ówdzie
jakieś połamane kółka, wiechcie, papiery i inne odpadki, miejscowi zaś
spoczywali wśród nich byle jak, ten na plecach, ów na brzuchu, a któryś z dalej
leżących zadarł nawet obie nogi i celował nimi od niechcenia w zenit. Obszedłem
sobie najbliższego. Nie był to robot, ale nie był to i człowiek czy inny
białecznik z rodzaju trzęskich. Głowę miał wprawdzie dość pulchną, z rumianymi
policzkami, zamiast oczu wszakże — dwie małe fujarki, a w uszach — kadzidło,
cicho płonące, które otaczało go obłokiem wonnego dymu. Odziany był w orchideowe
pantalony z sinym lampasem, dzierganym strzępami brudnego zapisanego papieru,
obuty zaś był w rodzaj płóz, w rękach trzymał bandurę, wypieczoną z lukrowanego
piernika, o napoczętej już korbie, a przy tym cicho i wcale miarowo chrapał.
Kiedy spróbowałem odczytać gryzmoły na papierkach wszytych w lampasy spodni,
ocierając oczy łzawiące od dymu kadzidła, udało mi się to tylko z niektórymi;
były to dość dziwne napisy, takie na przykład: NR 7 — BRYLANT — GÓRA
WAGI SIEDMIU CETNARÓW, NR 8 — CIASTECZKO DRAMATYCZNE, ŁKA JEDZONE, PRAWI
MORAŁY Z BRZUCHA, NUCI TYM WYŻEJ, IM JEST NIŻEJ, NR 10 — GOLKONDRYNA DO
DZIUMBANIA, DOROSŁA — i inne, jakich już nie pamiętam. Kiedy zaś, wielce
tym oszołomiony, dotknąłem jednego z papierków, aby go rozprostować, w piasku
przy samej nodze leżącego zrobił się dołek i cichy głosik spytał stamtąd:

— Czy już? — Kto mówi?! — zawołałem. —
To ja, Golkon — dryna... zaczynać? — Nie, nie trzeba! — odparłem
spiesznie i oddaliłem się z tego miejsca. Następny tubylec miał głowę w
kształcie dzwonu, z trzema rogami, kilkanaście rąk większych i mniejszych —
przy czym dwie malutkie masowały mu żołądek — uszy długie i upierzone,
czapkę z małym, purpurowym balkonem, na którym ktoś kłócił się z kimś, chyba
niewidzialny, bo latały tylko malutkie talerzyki, tłukąc się tu i tam, jak
również coś w rodzaju brylantowego jaśka pod plecami. Osobnik ów, gdym przed
nim stanął, wyjął jeden róg z głowy, powąchał go i odrzuciwszy z niesmakiem,
nasypał sobie do środka trochę brudnego piasku. Tuż obok leżało coś, co wziąłem
za parę bliźniąt; potem pomyślałem, że to kochankowie w uścisku, i chciałem
oddalić się dyskretnie, ale to była po prostu ani jedna osoba, ani dwie, a
tylko półtorej. Głowę miała całkiem zwykłą, ludzką, tylko uszy co chwila
odrywały się od niej i fruwały po otoczeniu, trzepocąc jak motylki. Powieki tej
osoby były zamknięte, za to liczne brodawki na czole i policzkach, opatrzone
maleńkimi oczkami, patrzały na mnie z wyraźną nieprzyjaźnią. Pierś miał ten
dziwny stwór szeroką, rycerską, z mnóstwem dziur, jakby niechlujnie powywierca —
nych — tkwiły w nich polanę sokiem malinowym pakuły; nogę tylko jedną, ale
za to bardzo grubą, obutą w safianowy trzewik z filcowym dzwoneczkiem; obok
jego łokcia wznosił się stos ogonków gruszek czy jabłek. Przejęty coraz
większym osłupieniem, poszedłem dalej i napotkałem robota z ludzką głową, który
miał w nosie malutki samograj z rybkami; innego, leżącego w kałuży konfitur
poziomkowych, trzeciego z otwartą w plecach klapką, tak że widziało się jego
kryształowe wnętrzności; odgrywały tam ciekawe sceny jakieś nakręcane
krasnoludki, lecz to, co wyczyniały, było tak nieprzystojne, że z rumieńcem
odskoczyłem od klapki jak oparzony. Przy tym skoku straciłem równowagę i
upadłem, a podnosząc się, zobaczyłem tuż przed sobą nowego mieszkańca planety:
goły, drapał się złotą drapaczką w plecy, przy czym czynił to, przeciągając się
lubo, choć był bez głowy. Ta ostatnia, odstawiona dogodnie, z szyją w piasku,
liczyła językiem zęby w szeroko otwartej gębie. Czoło miała miedziane z białym
szlaczkiem, w jednym uchu kolczyk, a w drugim patyczek; na patyczku było
napisane drukowanymi literami: MOŻNA. Nie wiem sam, czemu pociągnąłem za ów
patyczek i w ślad za nim wyłoniła się, dobyta z ucha tej gołej osoby, nitka z
lodowatym cukrem i wizytówką noszącą napis: DALEJŻE! Ciągnąłem więc, aż
skończyła się owa nić — u jej koniuszka dyndał malutki papierek, też
zapisany słowami: CIEKAWE, CO? TO WON!

Wszystko to razem odjęło mi zmysły, życie
umysłowe, jak również mowę. Podniósłszy się wreszcie na równe nogi, poszedłem
dalej, szukając kogoś, kto by wyglądał mi na osobę gotową odpowiedzieć chociaż
na jedno pytanie. Wydało mi się w końcu, żem znalazł takiego w małym grubasie,
który siedział tyłem do mnie, zajęty czymś, co trzymał na kolanach. Miał tylko
jedną głowę, dwoje uszu, dwoje rąk, więc, obchodząc go z lewej strony,
zacząłem:

— Przepraszam, wszak nie mylę się, to
panowie byli łaskawi osiągnąć Najwyższą Fazę Ro...

Słowa te zamarły mi atoli na ustach.
Siedzący ani drgnął, nie wydawało się, aby usłyszał cokolwiek z tego, co
mówiłem. Trzeba przyznać, iż był wcale zajęty, trzymał bowiem na kolanach
własną twarz, odłączoną od reszty głowy, i nieznacznie wzdychając, wiercił
palcem w jej nosie. Zrobiło mi się nijako. Rychło wszakże zdumienie moje
przeszło w ciekawość, ta zaś w żądzę natychmiastowego zrozumienia, co też
właściwie dzieje się na tej planecie, jąłem zatem biegać od jednego do drugiego
z leżących, przemawiając do nich głośno, a nawet wrzaskliwie, i pytałem,
groziłem lub błagałem, perswadowałem, molestowałem, a gdy to nie odniosło
najmniejszego skutku, chwyciłem tego, który dłubał sobie w nosie, za rękę, ale
odskoczyłem w największym przerażeniu, została mi bowiem w garści; on wszakże,
nie zwracając na mnie uwagi, pogmerał obok w piasku, dobył z niego inną rękę,
podobną, ale z lakierowanymi w pomarańczową kratkę paznokciami, chuchnął na nią
i przyłożył sobie do barku, za czym natychmiast przyrosła. Wówczas pochyliłem
się ciekawie nad ręką, którą mu poprzednio wyrwałem, ona zaś dała mi prztyczka
w nos. Tymczasem słońce zaszło już dwoma rogami za horyzont, wiaterek ucichł,
mieszkańcy zaś Eneferii drapali się z cicha, czkali, czochrali i najwyraźniej
szykowali do snu; ten potrzepywał sobie brylantową pierzynkę, tamten układał
systematycznie obok siebie nos, uszy, nogi, robiło się ciemno, tak że,
podreptawszy jeszcze tu i tam, z westchnieniem jąłem się także sposobić do
noclegu. Wygrzebałem sobie tedy w piasku spory grajdoł i, wzdychając, ległem w
nim, aby patrzeć w granatowe niebo, opryskane gwiazdami. Rozważałem, co począć
dalej, i rzekłem sobie:

Doprawdy! Wszystko wskazuje na to, że w
samej rzeczy odnalazłem planetę przewidzianą przez Trupusa Malignusa i
Chloryana Teorycego Klapostoła, Najwyższą Cywilizację Wszechświata, która
składa się z paruset osób, ani robotów, ani ludzi, leżących wśród śmieci i
odpadków na Jaśkach brylantowych, pod diamentowymi kołdrami, na pustyni, nie
zajętych niczym oprócz czochrania się i drapania; musi się w tym kryć jakaś
okrutna tajemnica i żeby tam nie wiedzieć co — nie spocznę, póki jej nie
zgłębię!!

I myślałem dalej:

Straszliwa to musi być zagadka, która
okrywa wszystko na tej planecie kwadratowej, z kwadratowym słońcem, sprośnymi
krasnoludkami w krzyżach i lodowatym cukrem w uchu! Wyobrażałem sobie zawsze,
że skoro, jako całkiem zwykły robot, zajmuję się naukami i kształceniami, to
cóż dopiero za kształcenia i nauczania muszą się dziać wśród lepiej
rozwiniętych, aby nie wspomnieć o tych najdoskonalszych! Wygląda mi na to, że
czym jak czym, ale rozmowami, a w szczególności ze mną, nie mają ochoty się
zajmować. A trzeba ich koniecznie zmusić do tego — jak? Winienem chyba
zaleźć im za skórę, tak uprzykrzyć życie, takie zastosować molestacje, aby
mieli mnie zupełnie dość! Co prawda jest w tym niejakie ryzyko, bo rozgniewani,
mogliby mnie łatwiej unicestwić, aniżeli ja — pchełkę.

Trudno atoli dopuścić, aby uciekali się do
czynów tak brutalnych, a zresztą żądza poznania pali mi duszę! Wszystko jedno!
Spróbuję!

To pomyślawszy, zerwałem się na równe nogi
już w zupełnej ciemności i jąłem wrzeszczeć wniebogłosy, wywracać koziołki,
fikać i drygać, kopać leżących bliżej, sypać im piaskiem w oczy, podskakiwać,
tańczyć, ryczeć, ażem ochrypł całkiem; wtedy siadłem, zrobiłem kilka ćwiczeń
gimnastycznych i znowu rzuciłem się między nich jak bawół oszalały; oni zaś
odwracali się ode mnie grzbietami, podtykali mi do trykania brylantowe jaśki
lub pierzynki, a gdym wywrócił jakiegoś pięćsetnego koziołka, błysnęło mi w
omroczonej głowie:

Zaprawdę, tożby się dopiero zdziwił mój
serdeczny druh, gdyby mnie mógł w tej chwili zobaczyć i ujrzał, czym to ja się
zajmuję na planecie, która osiągnęła Najwyższą Fazę Rozwoju Kosmicznego!! —
To jednak wcale nie przeszkadzało mi w dalszych porykiwaniach i przytupach.
Słyszałem bowiem, jak naszeptywali się z cicha:

— Kolego L.

— A co?

— Słyszycie, co się wyrabia?

— Co nie mam słyszeć?

— Przed chwilą omal mi głowy nie
rozbił.

— Włóż sobie inną.

— Ale on spać nie daje.

— Co?

— Mówię, że nie daje spać...

— Widać z ciekawości — dodał
trzeci szept.

— Okrutnie go już sparła!

— To jak, zrobić mu co czy niech nas
męczy dalej?

— Ale co?

— Bo ja wiem? Może mu zmienić
charakter?

— Kiedy nieładnie jakoś...

— A czemu taki zaciekły? Słyszysz, jak
wyje?

— No, to ja zaraz...

Coś tam poszeptali, podczas kiedy ja nadal
wyłem, stękałem i fikałem, koncentrując wysiłki w okolicy, z której dobiegły
mię szepty. Właśnie stałem na głowie, to jest głową na brzuchu jednego z nich,
gdy objęła mnie noc czarnej nicości; ciemność omroczyła mi zmysły, ale trwała —
tak mi się przynajmniej wydało, kiedym się ocknął — ledwo ułamek sekundy.
Wszystkie kości bolały mnie jeszcze od drygów i prysiudów, ale nie znajdowałem
się już na planecie. Siedziałem, niezdolny ruszyć ręką ni nogą, w głównym
salonie mego statku, a tym, co mię przytrzymywało, była istna góra słoików z
konfiturami, drumli i niedźwiadków marcepanowych, katarynek z brylantowymi
dzwoneczkami, talarów, dukatów, nausznic złotych, bransolet i klejnotów, od
których taki blask bił, że oczy musiałem zamknąć. Kiedy zaś z największym
wysiłkiem wygramoliłem się spod owej góry drogocenności, ujrzałem przez okno
krajobraz gwiazdowy i ani śladu w nim — kwadratowego słońca; jakoż pomiary
wykazały niebawem, że sześć tysięcy lat musiałbym lecieć całą mocą, aby wrócić
w jego okolice. Tak zatem pozbyli się mnie Enefercy, gdy nadto dałem im się we
znaki; pojąwszy, że nawet powrotem do nich niczego nie wskóram, bo wszak nic
dla nich łatwiejszego jak wyekspediować mnie znów hyperspacjalnie lub podprze —
strzennie tam, gdzie raki zimują, postanowiłem wziąć się do rzeczy całkiem inną
metodą, mój zacny Dobrycy”... — tymi słowy zakończył swą opowieść
znakomity konstruktor Klapaucjusz, litościwy panie...

CDN

22:40, grzymol
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 października 2011

Kilka uwag przy okazji zadymy wokół krzyża w Sejmie. Przez swoją nieuleczalną nieskromność mam nadzieję, że może parę argumentów przyda sie do potyczek z krzyżowcami.
Niestety od pierwszych lekcji historii szkoła propaguje mit chrześcijański a nie prawdę historyczną, wedlug mnie. Chrześcijaństwo chciałoby, żeby uznać je za twórcę Europy, jak gdyby działało w pustce po starożytności. Tylko że ta kościelna propaganda nie wytrzymuje konfrontacji z empirią. Po pierwszych kłopotach w Cesarstwie, wynikających z tego, że była to antysystemowa sekta antypaństwowców (z punktu widzenia Rzymu), chrześcijaństwo (szczególnie dzięki decyzji i wsparciu Konstantyna, bo konkurencja wiar, głównie wschodniej proweniencji, była w Rzymie drugiego, trzeciego i początkach czwartego wieku wyrównana i ostra a zwycięstwo chrześcijaństwa wcale nie oczywiste) korzystało z całego dobrodziejstwa rzymskich talentów organizacyjnych. Filozofia chrześcijańska z kolei zatopiona jest w myślicielach starożytnej Grecji i czerpie z nich garściami. To jest ciągłość. Wulgarne podejście historii szkolnej faktycznie sprawia, że wielu ludziom wydaje się, że Europę zrodziło chrześcijaństwo, które wzięło się właściwie znikąd, a starożytność to śmieszne bożki i okrutne wojny oraz igrzyska z jakiejś w sumie bajkowej prehistorii. Tyle że to tak wielki skrót myślowy, iż wiedzie w krzaki a nie do źródła i staje się po prostu nieprawdą. Większość tuzów europejskiej kultury po średniowieczu to też ludzie, którzy byli w zdecydowanej kontrze do chrześcijaństwa a przynajmniej wobec niego tak naprawdę obojętni. Wielcy malarze Renesansu - na punkcie którego mam fijoła - kojarzą się z Kościołem, bo Kościół był najbogatszym sponsorem i nie korzystał z ich talentów z miłości do sztuki, tylko traktował najlepszych artystów epoki jako doskonałych wykonawców swoich propagandowych zamierzeń. W kwestii etyki, z kolei, nie widzę w chrześcijaństwie żadnych wartościowych elementów, których nie wymyślono już wcześniej i/albo gdzie indziej. Innymi słowy - nic szczególnego. Tak więc opozycja chrześcijaństwo albo amoralność jest z gruntu fałszywa. Co do metafizyki czy szerzej duchowości - ja ją odnajduję w filozofii, nauce i sztuce, więc znowu gadanie o tym, iż bez religii czlowiek jest pozbawiony ducha i wiedzie żywot robaka (co my w końcu wiemy o duchowości robaków) jest niedorzeczne. Stąd z mojego skromnego (i być może falszywego, przyjmuję tę prawdopodobną niemożliwość do wiadomości ;) punktu widzenia - w końcu errare humanum est - chrześcijaństwo to co najwyżej historia uzurpacji i oszustw, niekoniecznie wartościowy element tożsamości europejskiej. Że wielu ludzi uznaje to ostatnie za dogmat, a ten za prawdę? Cóż w tym dziwnego, skoro kościelni specjaliści od PR pracują nad Europejczykami od kilkunastu wieków :(

 

15:44, grzymol
Link Komentarze (2) »
wtorek, 31 maja 2011

 

Żeby porządnie zrozumieć – co nie oznacza, że oczekuje Helenka akceptacji dla swojej racji! – co Helenka ma na myśli, zgadzając się z ponurym finansistą PO i Wszechświatowej Antypolskiej Mafii‘ Drzewieckim Mirosławem, dokonajmy krótkiego rozbioru poniższego cytatu:

‘Uważam, że podstawowym warunkiem istnienia cywilizacji jest umiejętność prowadzenia uprzejmej rozmowy’ - W.H. Auden (z rozmowy przeprowadzonej przez Michaela Newmana. LnŚ, NR 5-6/2007, str 315)

Uważam, że – czy to angielski subjunctive mood, czy łaciński koniunktiwus lub włoski conjuntivo, w językach tych – starych i precyzyjnych - istnieje sposób na zaznaczenie, czy wypowiadamy się we własnym imieniu, z naszego punktu widzenia – SUBIEKTYWNIE – i wtedy sięgamy po wyżej wymienione konstrukcje, czy też silimy się na obiektywizm. W każdym razie dzięki temu rozróżnieniu, w samej gramatyce widocznemu i wymagającemu specyficznych rozwiązań składniowych i/lub czasowych, Helenka odnosi wrażenie (to nie żadna teoria, tak Helence intuicja językowa podpowiada), że już na starcie użytkownicy tych języków mają przewagę nad Polakami, nienawykłymi do odróżniania prawd objawionych od prywatnych szaleństw na poziomie gramatyki. Stąd i te ciągłe nieporozumienia i niesnaski. Kiedy Helenka zwraca uwagę koledze: ‘Jesteś głupi’, inkryminowany osobnik z miejsca się żachnie, bo skoro na początku było słowo, to może tworzy ono rzeczywistość, więc – nie, nie jestem głupi – odpowie. Gdyby Helenka wyraziła swoja dezaprobatę choćby tak: ‘Według mnie mógłbyś jeszcze raz zastanowić się nad swoją decyzją’, o ileż łatwiej byłoby się porozumieć i dogadać, skoro cudze ego chronione jest subiektywizmem i trybem przypuszczającym.

Podstawowym warunkiem istnienia – niezbędnym elementem, dzięki któremu możemy mówić o

Cywilizacji – czyli krainie myśli i idei, której podstawowym wyróżnikiem jest zerwanie z zasadami dżungli i życia w ‘stanie naturalnym’ – gdzie rządzą przypadek i siła. Cywilizacja – upraszczając mocno – jest zorganizowaniem w miejsce chaosu i przypadku oraz równością praw i szans dla każdego, czyli siłą prawa (umowy społecznej, negocjowalnej i nieustannie renegocjowanej) w miejsce prawa siły.

Umiejętność – czyli trudna sztuka, której się trzeba nauczyć, a nie naturalna, łatwa reakcja do opanowania w pięć sekund.

Prowadzenia – tak jak samochód prowadzi bezpiecznie  jedynie doświadczony i trzymający się przepisów kierowca, tak w rozmowie należy być uważnym, ostrożnym, szanować innych użytkowników i stosować się do zasad, bo bez zasad mamy wojnę, a nie

Uprzejmą Rozmowę – czyli poszukiwanie zrozumienia (w sobie wobec drugiego) i w innym dla swoich poglądów, co wymaga przede wszystkim otwartości i tolerancji – cech, które pojawiają się jedynie dzięki wytrwałemu wychowaniu (puszczeni samopas uczymy się jedynie drzeć na siebie nawzajem) i nazywane bywają zbiorczo szacunkiem dla rozmówcy, czy – szerzej bliźniego lub dobrym wychowaniem.

Abstrahując od świata mediów, które już prawie w całości i niemal wszędzie przekształciły się w rozrywkę dla cymbałów, czy nawet polityków - gdzie się Helenka nie rozejrzy, widzi dzikich ludzi w pięknym kraju (wiosną i latem przynajmniej), który zdecydowanie zasługuje na lepszą (czytaj stanowczo bardziej cywilizowaną) ludzkość...

 

13:58, grzymol
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 maja 2011

 

SLD i PiS po wygranych wyborach tworzą autorskie pasmo w mediach o muzyce i seksie pod nośną i atrakcyjną nazwą 'Pierdolenie o Szopenie'.

'Zdradzeni o świcie' - pogadanka Prezesa o fatalnej sytuacji plemników w dupie po porannej porcji seksu analnego.

'Po owocach ich poznacie' - czyli Przewodniczący Napieralski szuka znajomych, rozdając jabłka na ulicy. Dokument socjologiczny.

'Pieprzenie kotka przy pomocy młotka' - kibice o ekologii.
 
'Żydzew kontra Judzki Klub Sportowy - okiem kibuca.' Program redakcji sportowej o ekscesach agresywnych ukrytych opcji na polskich stadionach.
 
'Przegląd prasy poronnej' - redaktorzy Naszego Dziennika i Gazety Polskiej demaskują cywilizację śmierci.
 
 
11:39, grzymol
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 maja 2011

 

Dzięki temu, że cały weekend dane mi było spędzić z przyjaciółmi, w tym z dwojgiem najwspanialszych istot na świecie - Baszką Kaszką i Pomponiuszem - wzmocniłam się na tyle, że poddając sie perwersji poznawczej, ok 7pm wystartowałam telewizor i nastawiłam odbiór na polskie stacje informacyjne i nie tylko. No i zatonęłam w zalewie zabobonu, a co wychynęłam na wierzch, przywalały mnie bałwany rozemocjonowane bałwochwastwa.

To jest nie do pojęcia, jak głęboko ta kraina (przynajmniej w popieprzonej soczewce kamery telewizyjnej) tkwi w mrokach paleolitu. Te wszystkie ochy i achy i na poważnie rozważane 'cuda' Santo Karola Subito Wielkiego, te twarze komentatorów i dziennikarzy w religijnym uniesieniu... Ludzie, gdzie my jesteśmy?

Wojtyła był na pewno wybitnym człowiekiem i osobowością, ceniłam też w nim konsekwencję w myśleniu i działaniu, spójność teorii i wyznawanych wartości z praktyką, chociaż, co do samych wartości - cóż - z wieloma Helence, jako personifikacji cywilizacji śmierci, było nie po drodze. Może przez to, że był tyle lat na świeczniku, przymioty te i świętość (która, jak rozumiem, ma oznaczać w sporym skrócie, że dobry człowiek z niego był) co bardziej ciency na umyśle utożsamili ze sobą i uznali za wyjątkowe.

Ale takich ludzi są miliony. Że podchodził do swojego stanowiska z dystansem - takich ludzi są miliony. Że żył w zgodzie z sobą - miliony ludzi tak żyją. Był na pewno miłym i sympatycznym dziaduniem. Są takich miliony. A co go wyróżniało?

Patrząc na to okiem ateisty - całkowicie bezproduktywne (w dni słoneczne tak się Helence wydaje) zasiadanie na fotelu piotrowym, bo posiadając pozycję nieomylnego, jedynego władcy, nie zrobił nic, by KK uzdrowić jako ziemską, ludzką instytucję. W dni pochmurne się Helence widzi, że JPII rozmyślnie i celowo poświęcał dzieci w sierocińcach i czystość finansów watykańskich w imię jakichś dalekosiężnych, popierdolonych religijnych przesłanek i racjonalizacji. Widocznie zwartość Kościoła ważniejsza jest w boskiej perspektywie od gwałconych dzieci i współpracy z mafią.

W wymiarze symbolicznym, religijnym, ideologicznym po pierwsze był zawsze na antypodach plaż, po których lubi szwendać się Helenka. Najpierw w encyklice 'Fides et ratio' potem w 'Pamięci i tożsamości' ten ponoć wielki filozof i myśliciel pozwolił sobie na prostackie uproszczenie (o cywilizacji śmierci już pisałam nie raz, też uroczo miłosierne określonko, jak na'świętego'), łącząc bezpośrednim związkiem Oświecenie z ... obozami koncentracyjnymi i łagrami. Jak rozumiem, Spinoza, Leibnitz, Monteskiusz, Wolter, Adam Smith czy Benjamin Franklin to w oczach Wojtyły równia pochyła myśli ludzkiej i forpoczta końca świata oraz piąta kolumna pra-nazistów i pre-komunistów - moje gratulacje. 

Poza tym chyba naprawdę wierzył, że Kościół i Chrystus/Bóg to jedno, czyli cierpiał na urojenia (z mojego punktu widzenia), a ulepszanie zakładu dla obłąkanych, żeby więcej ludzi chciało tam zamieszkać i mieć coraz bardziej realne halucynacje? To nie jest coś, co w przypływie najlepszej woli nazwałabym zasługą.

Kiedy nie widzi się w Kościele boga (bo w niego nie wierzę), pozostaje szemrana instytucja i jej niepiękna historia - taka sama jak całej ludzkości, bo nasze czyny i to, co zostawiamy po sobie, najlepiej udowadniają, że musimy radzić sobie sami - ze sobą i światem. Że w każdej religii i poza nią jesteśmy najczęściej tylko, a czasem aż ludźmi. Że nie dba o nas żaden niebieski mądrala, bo historia ludzkości wskazuje niezbicie, że musiałby to być wyjątkowy psychopata i inwalida emocjonalny (lub ona?) a nie wszechmocna i pełna miłości istota. Nauce za zegarmistrza wystarcza ... czas, przepastny i tak niewyobrażalnie długi, że żaden wynalazca nie jest tu potrzebny.

Na szczęście ta polska cepelia zabobonna coraz mniej mnie rusza - chyba przechodzę od paru lat coraz skuteczniejszą terapię odzwyczajania się od wytresowanego szacunku i uwielbienia dla własnego plemienia. Po trochu przestaję być polką (tą 'prawdziwą'), powoli staję się Czlowiekiem ...

Taka cudowna wiadomość pobelzebufikacyjna od Helenki dla Wszystkich.

Najlepszego :)

09:47, grzymol
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 lutego 2011

czyli Helence marzą się defenestracja nibydziennikarzy i palowanie pseudopolityków

czyli nie przy jedzeniu o pseudopolityce, please!!!

  

Wszystkim (prawie) się ostatnio zaczyna przejadać PO - prosta, psychologiczna reakcja. Ile można jeść to samo danie?. Więc niektórzy - też czysta psychologia - walą w PO jak w bęben w reakcji na wcześniejsze wyciszenie i pytają zdziwieni 't...o już rządu atakować nie wolno?' Generalnie - poza tym, czego nie wolno, wolno (i szybko) wszystko ;) ALE:

Po pierwsze - atakować nikogo nie należy - nie jesteśmy na wojnie. Polityka i demokracja (w teorii przynajmniej) to sztuka rozmowy, argumentowania, dyskusji i wymiany poglądów, celem rozpoznania, dokąd możemy iść razem, a gdzie nam nie po drodze.
Ponieważ polscy dziennikarze w większości konkurują na błyskotliwość z eugleną zieloną, a politycy rywalizują z pantofelkiem, kto ma wyższe IQ - atakować i pierdolić bez sensu jest najłatwiej. Wtedy nie potrzeba wysiłku - nie lubię = gryzę, lubię = łaszę się. Dopóki polscy dziennikarze nie zrozumieją, że dziennikarstwo to poważna sprawa, polegająca na rozpoznawaniu rzeczywistości, a nie jazgot emocji - będziemy w dupie, niestety :(

Po drugie - wprawdzie PO przed wyborami twierdziła, że będzie serwować głównie ostrygi i szampana, a mamy przede wszystkim hot-dogi i kolę z szambodajni (czytaj fastfood - czyli za szybko i powierzchownie) - fakt. Wydaje mi się jednak, że wolę to śmieciowe żarcie od strychniny (PiS) czy obierek (PSL, PJN) albo denaturatu (SLD).

PS - przepraszam stworzonka za umieszczenie ich w tak parszywym towarzystwie :) - dodaje Helenka znad szklanki pełnej wody z bąblami...
 
 
 
16:32, grzymol
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lutego 2011

Wczoraj wróciłam do domu po całym dniu z pracy ok 9pm - włączam sobie tv i w oczekiwaniu na mojego uluionego doktora House'a przełączam na 'najlepsza stację informacyjną w Polsce' - wiadomości o śmierci arcybiskupa i zaraz potem program wspominkowy o megaksiędzu.
Dzisiaj, przed chwilą, włączam po raz pierwszy także stację - jak mi się wydaje - informacyjną, nie religijną, nie kościelną, nie jakieś hokus-pokus z wróżbami i czarami - i co widzę, co słyszę? Ano, po pierwsze primo - że kolejny hiper szaman Dziwisz sprezentował Kubicy relikwię z kroplą krwi super szamana JPII, po czym lecą informacje i wspominki na temat wczorajszego zejścia tego z arcy przed nazwiskiem. Gdzie ja mieszkam? Co ja tu robię? Czy to ja straciłam poczucie humoru, czy to wszyscy dookoła próbują mnie na siłę wciągnąć do jakiejś ciemnej, zatęchłej kruchty?
 
Gwoli wyjaśnienia - nie mam nic do pana Życińskiego. Kościół mi nie pasuje. Po co go tyle wszędzie? (Jeszcze rząd się z klechami spotyka i omawia priorytety prezydencji w UE - z jakiej paki?!!!) Może i ten Życiński był miły, fajny i PiS traktował jak zarazę oraz sam, własnoręcznie nie podpaliłby Giordana Bruno na stosie i może nawet lubił dzieci - a w szczególności ministrantów - wyłącznie platonicznie, ale to nadal funcjonariusz instytucji szerzenia zabobonu, a ja chciałabym mieszkać w kraju, w którym można się na zabobon nie natykać - nie chodząc na sabaty i na inne msze. A tu nie wystarczy robić swoje i siedzieć grzecznie w domu. Trzeba w ogóle się odciąć od polskich kanałów informacji, bo rury zapchane złogami przesądów i zabobonów tak, że od samego patrzenia można miażdżycy dostać :)
Żeby wszystko jasne było - ja sobie świetnie radzę, szczęśliwa jestem wśród przyjaciół, książek, z sobą samą nawet zaczynam się dogadywać. Żal mi tylko tych wszystkich wiejskich biedaków z zapadłych wsi i miejskich biedaków z lśniących biurowców, którym - jednym i drugim - wydaje się, że wszystko gra i w porządku jest - a oni po same uszy, jak nie wyżej, tkwią mentalnie w katotalibanie.
 
Ostatnio czytałam Mariusza Szczygła książkę o Czechach 'Zrób sobie raj' - mały cytacik dla zilustrowania powyższego: '...może powiedziałby mi pan doktor, co się mówi po czesku, kiedy człowiek robi znak krzyża. (...) Weterynarz otworzył szeroko usta, jakbym mu wyssał całe powietrze z gabinetu. Nie mam pojęcia, odparł po chwili, nigdy nie wykonywałem takiej czynności.'
 
I drugi: '-Mam pan jakiś pomysł na weekend, czy coś mogę zaproponować? - recepcjonistka hotelu Pod Trzema Koronami w Pradze podaje klucz. - Ale ja już mam plany. Będę jeździł na msze z Benedyktem XVI. - Jezus, ale po co?!'
 
No właśnie. PO CO?
 
Wasza Helenka
16:30, grzymol
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6